(1kB)
(2kB) Sezon 2007 Oli Taistry

Podekscytowana wpadam na ściankę AWF Katowice, gdzie tłum zwolenników wspinaczkowego szaleństwa oblega każdą połać ściany. W mig orientuję się że w moim plecaku brakuje wszystkiego co mi potrzebne do wspinu. Jedyne co zabrałam to nowiusieńkie Pontasy, które lada moment mam zamiar wypróbować na panelu. Ściągam z Gośki spodenki, wciskam na nogę ciasnego jeszcze buta i szczerząc się sama do siebie trawersuję to w prawo to w lewo. W międzyczasie informuję znajomych, że jutro o tej samej porze będę w najlepszym miejscu na ziemi, czyli samochodzie pełnym równie rozentuzjazmowanych ludzi, ciekawych jak naprawdę wygląda ten Rodellar! :))


Rodellar

Czekającemu na nas wśród kloszardów dworcowych Jozowi nie przeszkadza klimat katowickiego PKP. W końcu po dwóch dobach będzie w pięknej, pachnącej drzewami figowymi dolinie rzeki Muscan. Zaprawiony w podróżach dalekiego zasięgu (niczym kierowca tirowca ;) Sebastian nie jest przerażony z powodu kilkunastogodzinnego szoferowania. Perspektywa przyjemnego, wytrzymałościowego wspinania to spora dawka energetyczna. Natomiast restujący od trzech tygodni autor tekstu ;) nie przejmuje się brakiem mocy i miękkim ciałkiem. Chęć wspinania jest tak silna, że eliminuje wszelkie dyskomforty. Jedyną osobą, która ma stresa jest Mateusz, czekający na nas w krzakach St. Legere i nie będący do końca pewien kiedy się zjawimy...

Podróż do Hiszpanii przebiega bez... hym właściwie z malutkimi problemami ;) Jozo nauczył się doskonale (powtarzanego przez nas niczym litania) polskiego słowa „zwolnij!!!”, a pozostała trójka dorobiła się kilku siwych włosów. Zubożali o 100 Euro, wzbogaceni o nowe doświadczenia oraz konfrontacje z francuską policją, jak również hiszpańską gwardią cywilną dojeżdżamy w miejsce, na które od dłuższego czasu mieliśmy chrapkę.

W pierwszych dniach pobytu Mateusz robi za przewodnika podpowiadając co warte uwagi, co omijać szerokim łukiem, co na rano, a co dobre na wspin popołudniowy. Dla mnie i dla Sebastiana bez względu na efektowność dróg wszystko wydaje się być fantastyczne! Od początku sezonu, a nawet od kilku lat nie mieliśmy tak ogromnej możliwości wspinania się Os-em. „Raj delektacyjny” rozpoczyna się już od dnia pierwszego, kiedy w szaleńczym tempie zaliczamy drogę za drogą. Frajda jaką sprawia mi ruch wspinaczkowy jest nie do opisania. Apetyt na wspinanie staje się coraz większy!!!

Mateusz i Jozo mają zdecydowanie mniej czasu niż ja i Sebastian. Dlatego w przeciwieństwie do naszych kompanów powoli i metodycznie brniemy do osiągnięcia formy, która pozwoli nam na konfrontację z gigantami rejonu. Mój ulubiony, wytrzymałościowy charakter wspinania okazuje się być dla lekkim dramatem. A to wszystko przez Kaloryfery! Właściwie problemem tkwi w klinowaniu się, a nie samym chwytaniu!. Ilość fioletowych plam zdobiąca moje kończyny dolne, bynajmniej nie świadczyły o zaburzeniach krzepliwość krwi w organizmie? Podglądając najlepszych staram się zrozumieć o co chodzi we wspinaniu naciekowym. Z biegiem czasu wpadam w rytm stawiania nogi byle gdzie i klinowania się tam gdzie tylko się da. Mateusz sukcesywnie walczy on-sightem prowadząc drogi z zakresu 8a+, Jozo - realizuje swój plan wspinaczkowy na nieco niższym poziomie, Sebastian wpina się do topów 8be, a ja obserwuję poczynania profesjonalnego sportowca z postkomunistycznego kraju na drodze Geminis. Odstrasza mnie ukraiński trener-masażysta, zegarek i śpiwór (w którym między wspinkami zawodniczka restuje pod ścianą) pomimo to postanawiam wbić się między stoperowe pi-pip i chcąc zapatentować drogę ruszam w 40 metrową przygodę.


Ola na Geminis 8b+, fot. S. Wutke

Droga rozpoczyna się delikatnym wspinaniem po dobrych kaloryferach, które jest idealnym wstępem rozgrzewkowym. Znajdując się w no-handzie (tuż przed pierwszym cruxem), dojrzewa we mnie świadomość przez co będę musiała „przejść” zaliczając kolejne metry drogi? Crux i znowu rest... Wielgachne chwyty pozwalają na 5min. kontemplację... choć z moim ślimakowym tempem, 5min. zamienia się w 15 ;)) Kolejne kilka szarpnięć i znowu rest... z którego uciekam w lepszy - bo kolanko można zaklinować, a to jest to co zaczęło mi najlepiej wychodzić. Czekająca na mnie sekwencja po dziurach jest moją ulubioną, a następujący po niej trawersik odcinkiem którego nie znoszę. Ostatni part drogi to długie ruchy po dobrych chwytach... po dobrych, jeżeli ma się nieco więcej wzrostu ;) Przyzwyczajona do tego typu utrudnień daję radę, wspomagając się pośrednimi chwytami. Końcowe trudności to bardziej mentalna, mniej fizyczna walka. Zachowanie spokoju - jest niezbędne.

Mateusz i Jozo opuszczają Hiszpanię. Sezon turystyczny kończy się, w związku z czym wszystkie campy zostają zamknięte. Wioska pustoszeje, a w skałach pojawiają się tylko ci co mają sporo psychy... temperatury obniżają się, rzeka zamarza, a bez puchówki i ciepłego śpiwora nie da się przeżyć. Na szczęście kilka dni przed „dupówą” udaje mi się poprowadzić Geminisa, a tuż po mnie walecznie kończy 8b+ Sebastian.
Niezrażeni załamaniem pogody wciąż napieramy „ile wlezie”. Momentami mocno zastanawiamy się nad zmianą rejonu lub nawet kraju. Jednak pojawiające się co jakiś czas słońce zachęca nas do zostania w Rodellar. Kilkudniowa konfrontacja z pobliskim Alquezar, daje mi do myślenia! Spadam z on-sightów na łatwych drogach... fakt! Są w odróżnieniu do dróg w Rodellarze - pionowe lub lekko przewieszone, bez stopni, czasem nawet bez chwytów ? bardzo techniczne i niezwykle wymagające. Wracam do Rodellar z myślą, że chyba czas do domu wracać, no bo ciało przecież ma prawo być zmęczone. Po kilku dniach udaje mi się wpiąć do topu Alter Ego 8b (?) w Gran Bowedzie... i znów zastanawiam się o co chodzi... jakiś cud! ;)))) Żegnam się z poznanymi Hiszpanami, Portugalczykami, Włochami, Irlandczykami a także z ludźmi z Singapuru. Ostatnie tygodnie spędzone w Hiszpanii wiele mnie nauczyły, mam nadzieję że nauka nie pójdzie w las! Pakujemy się do samochodu i opuszczamy „koniec świata”, choć z pewnością nie będzie to koniec przygody z Rodellarem ;)

Ola Taistra

(i) zobacz slideshow Oli z sezonu 2007 [>>]





Kilka słów z mojej perspektywy, tzn. SW*

Nigdy do tej pory nie jechaliśmy na West bez formy. Na początku szło nam mozolnie - przechwyt za przechwytem, droga za drogą. Stopniowo podnosiliśmy swoją poprzeczkę, robiąc tzw. „ilość” z przedziału 6a do 7c+. Różnorodność dróg pozwalała nam nacieszyć się wspinem krótkim i długim, co bardzo odpowiadało naszemu stanowi psychofizycznemu. Jedynej rzeczy, której Oli ciągle brakowało były dziurki?

Najbardziej obleganą propozycją rejonu okazał się Geminis. Bywały dni, że do drogi, cierpliwie czekając w kolejce przystawiało się kilka osób, które były jedynymi wspinaczami w Gran Bovedzie! Na początku tripu obchodziłem to 40 metrowe, niemal jednostajnie przewieszone monstrum szerokim łukiem. Moje „kaczki” są raczej z tych jurajskich, czy frankońskich... Bardzo długo musiałem dojrzewać do walki na tak długiej wspinaczce, robiąc po drodze kilka 8b RP. Olencja bez respektu uderzyła na tą sztandarową linię Rodellaru. Pomimo dosyć niskiego wzrostu i szukania odpowiednich dla siebie przechwytów (czytaj użycia stopni jako chwytów i występów skały, których Hiszpanie nie widzieli ?) dość szybko uporała się z drogą. Kluczem było pokonanie nieco trudniejszego miejsca w środku drogi, w drugiej próbie po znalezieniu odpowiedniego patentu na to miejsce Geminis padł. Korzystając z podpowiedzi mojej partnerki, w kilka dni po niej i w dzień przed złamaniem pogody dzieła także dokonałem. Po kilku tygodniach pracy, w końcu zadowalająca nas forma przyszła i z nadzieją patrzyliśmy w kalendarz. Do końca tripu mieliśmy jeszcze dwa tygodnie. Niestety przyszedł mróz, później intensywne opady deszczu i równocześnie, powoli zaczęło wkradać się zmęczenie. Najjaśniejszym punktem końcowych dni pobytu w Hiszpanii było poprowadzenie przez Olę ostatniej poważnej drogi w jej 9-miesięcznym sezonie Alter Ego 8b RP.

Kilka niefortunnych zbiegów okoliczności i krótkie załamanie pogody pozwoliło nam na wykorzystanie pobytu w Hiszpanii w 75%.

Podsumowując
Klimat bardzo przyjazny. Pierwsze moje skojarzenie patrząc na ten rejon, to... Dolina Kobylańska ze skałą dużo lepszej jakości ? Rorellar nadaje się dla wspinacza na każdym poziomie od rekreantów spod znaku 5a do ekstremalistów za 9b. Siłacz-bulderowiec i maratończyk wspinaczkowy, każdy znajdzie coś dla siebie. Rejon świetny dla pokasowanych (jak ja) i rekonwalescentów po przebytych kontuzjach palców (większość to średnie i duże chwyty). Asekuracja bardzo dobra, a skała jest przyjazna dla skóry dłoni i gumy butów, które nie muszą być precyzyjne. Wyceny do stopnia 7c+ standardowe (niewielkie wyjątki) w porównaniu z innymi rejonami, natomiast na trudniejszych propozycjach często zaczynają robić się dziwne rzeczy (zbyt hojnie dzielenie cyferkami). Wielu wspinaczy osiąga tu swoje topy życiowe.
Miejsce bardzo polecam.

*Sebastian Wutke

Wykaz ciekawszych przejść:

Ola Taistra

Geminis 8b+ RP
Alter Ego 8b RP
+ kilka 7c do 7c+ OS

Sebastian Wutke

Geminis 8b+ RP
Botanix 8b+ RP
Gladiator 8b RP
Alter Ego 8b RP
+ kilkanaście 7c do 7c+ OS
(1kB)

(1kB)
Strona główna | Aktualności | Zawody | Artykuły | Przegląd prasy | Sztuczne ściany | Galerie | Topo rejonów | Szpej | Katalog | Message board | Sklep | rP media
(1kB)
e-mail: info@redpoint.pl
(c) 1999-2010 red point grafix
Strona zoptymalizowana dla rozdzielczności 800x600 lub wyższej, true color, hosted by NetArt
(1kB)